Podróże w czasie zarazy - Kreta

 


Rok 2020 zmienił wszystko, a świat przestał być tym samym miejscem co kiedyś – ciężko zaprzeczyć. W zasadzie każdy dostał po trochu po dupie, chyba nikt nie wyszedł (nawet na tym etapie ciężko mówić o jakimkolwiek wyjściu!) z tego bez szwanku, nie znam nikogo takiego. 
Wszyscy, albo prawie wszyscy przeszli na homeoffice, co nie wszystkim było na rękę, każdy ma swoje przyzwyczajenia itd. U mnie wiele to nie zmieniło w tej materii, w trybie zdalnym pracuję od 2013 roku. Oprócz tego każdy się bał, wiadomo w jaki sposób przez pierwsze tygodnie cały ten koronawirus był w mediach przedstawiany, niczym wirus z kosmosu, inwazja obcych...nawet ja przez jakiś czas uległem tej całej paranoi koronawirusowej zanim nastąpiła, że tak powiem racjonalizacja sytuacji. Wiecie, jest takie ludowe porzekadło: nie taki diabeł straszny jak go piszą. ;)

No to lecimy: w drodze na lotnisko
W maju 2020 mieliśmy lecieć na Kretę, lot był już zaplanowany, z przyczyn oczywistych wspomniany lot nie odbył się. Podobnie jak setki innych, wiadomo – lockdown. Ale udało się, lockdown „zniesiono”, chaos przynajmniej częściowo „opanowano”, ruch powietrzny wznowiono i 16 września wylecieliśmy na długo wyczekiwany urlop. 
Z perspektywy czasu to dobrze się w sumie złożyło, po sezonie zawsze fajnie się lata, jest mniej ludzi – dla introweryków to istotne.
Dobra, okej, ruch powietrzny otworzono, pozwolili latać, wszystko jakby się uspokoiło, ale cóż z tego jak na każdym kroku uświadamiano nas na wszelkie sposoby, że oto właśnie żyjemy w covidowej rzeczywistości. Ci mniej podatni na manipulację i paranoją machali ręką i szli dalej, z kolei ci mniej odporni zdawać się mogło, że oczami wyobraźni wręcz widzieli covidową chmurę unoszącą się nad nami wszystkimi. 

Covidową rzeczywistość najbardziej dało się odczuć na lotnisku, przynajmniej z mojego punktu widzenia, bo wydaje mi się, że w innych miejscach mocno publicznych było to równie widoczne. Na wejściu do terminalu infografiki, że odstępy, że dezynfekcja, że to, że tamto...człowiek świra dostawał już na dzień dobry, potem się okazywało, że ludzie i tak mieli to w głębokim poważaniu bowiem tych półtorametrowych odstępów nikt nie trzyma. Maseczki? Co piątka osoba. Dezynfekcja? Tego akurat każdy szanujący się Polak pilnuje, 40% roztwór minimum. W każdym razie ochrona lotniska, czy jak się to tam nazywa, niezbyt ochoczo pilnowała ani odstępów ani maseczek, sami też (zauważyłem) szli na bok zaczerpnąć „świeżego” powietrza wolnymi ustami. Wakacyjna atmosfera miała się dobrze, lot też ni był taki zły. Dało się przeżyć. ;)

Covidowa rzeczywistość w Polsce jest znośniejsza, w końcu nasza rodzima, wiecie -  taka swojska. Na lotnisku w Heraklionie już tak swojsko nie było, w powietrzu dało się wyczuć nerwowość pomieszaną z nutką niepewności. Pikanterii dodawały tamtejsze służby policyjne, które już na płycie lotniska głośnym krzykiem kierowały nas do budynku. No przecież wiem do cholery gdzie iść! Autobusem mnie powieźliście ze samolotu! 
Wszystko to usprawnienia i oczywiście naszego dobra. 

Pora na test: to teraz sobie pana powymazujemy!
Z płyty lotniska do budynku poruszaliśmy się żółwim po jakiejś schodno-platformie, szło się do góry. Całe mrowie ludzi, totalny ścisk, o dystansie społecznym nie ma mowy. Szło się jakby na piętro do budynku lotniska, im bliżej wejścia do budynku byliśmy tym więcej dało się zobaczyć. Widok, który się ukazał moim oczom był mocno niepokojący: ludziki (te same ludziki co w tv) w kombinezonach takich samych jak w laboratoriach z najbardziej zjadliwymi patogenami. W pewnym momencie zacząłem szukać wzrokiem logo Umbrella Corp.

Gdy jeszcze lecieliśmy któryś z pasażerów gadał o tym, że Grecy testują na wyrywki przyjezdnych, wymazy na obecność koronawirusa. Wtedy nie brałem tego poważnie bo wiedziałem jakie głupoty potrafią polscy turyści pleść za granicą. W tym przypadku akurat się pomyliłem. 
Tak więc, zanim jeszcze wszedłem do budynku już wiedziałem, że czeka mnie wymaz, po prostu to czułem. Oczywiste, że jak kogoś mają wziąć na wymaz to przecież mnie! Los zaśmiał mi się prosto w ryj, przecież tylko ja leciałem samolotem, lol :D 

Przedni ze mnie prorok, na dzień dobry zabrano mnie na test, jeden „ludzik” dał mi fiolkę, jakiś dziwny kwit i odesłał do drugiego „ludzika” z szpatułką, którą wsadził mi do gęby, pomiział nią po gardle i zyczył najs dej. YHY, po ch*u!

Plus i minus...
No to teraz sobie poczekam, na plus albo minus, dwadzieścia cztery godziny, albo zadzwonią albo nie zadzwonią. Jak zadzwonią to plus, jak nie to jest minus.
W ten oto sposób mój właściwy urlop rozpoczął się dopiero po de facto dwóch dobach od przylotu. Oczywiście nikt nie zadzwonił, to było wiadome od początku, ale bałem się bo wiem, że te całe testy PCR to taka maszyna losująca. Zakręcimy kołem i komuś covida wylosujemy, albo nie wylosujemy.

Stresowałem się i to jeszcze jak! Nie widmem choroby (90% z nas i tak to zresztą przechorowało nie wiedząc nawet), ale widmem przymusowej izolacji. Właśnie tym, dwutygodniową izolacją na rajskiej wyspie, co z tego, że na grecki koszt, co z tego, że kwarantanna allinclisve, nikt przecież nie chce być zamknięty!

W każdym razie tym razem maszyna losująca mi sprzyjała, mój fart.

Nasz hotel mieścił się w Agia Pelagia, przyjemne miejsce na klifie, bardzo urokliwe. Mimo stresówki z testem los się do nas uśmiechnął i dano nam w cenie bardzo dogodny apartament, który normalnie jest płatny. W naturze równowaga musi być jednak zachowana, szczęście długo nie trwało, zapomniałem spakować większość swojej garderoby. Zostałem więc w tym co miałem na sobie i z kilkoma parami majtek i skarpetek na zmianę.
Braki jedna uzupełniłem w pobliskich sklepach.


Janusze Polaki
Jak co pobyt trafiamy na tzw. „januszy”, takich rasowych, wręcz stereotypowych. Pierwsze takie spotkania zawsze są zabawne, takie studium przypadku, po którymś razie zaczyna to być męczące.

Najpierw ich usłyszeliśmy, potem dopiero zobaczyliśmy. W warunkach allinclusive janusze przechodzą w tryb stadny, w stadzie są głośni i odważni, entuzjaści łaciny podwórkowej. Dla nich spoko, dla nas niekoniecznie – ciszy nikt nie zaznał. Chyba, że w końcu sami padną od ilości wypitej wódy, która jest w cenie przecież.
Tylko czasem jak są trzeźwi są do zniesienia i w miarę ogarnięci, ale czasem tak jak wspomniałem.

Pewnej nocy z chwili na chwilę byli coraz głośniejsi, wprost proporcjonalnie do spożytego przezeń alkoholu. Kurwy to już potem latały dookoła, jak pociski w 43 na Łuku Kurskim. Aż goście z francuskiego turnusu pytali mnie, czy u nas to taki przecinek. Te kurwy bien sûr.
Wstyd!

W drogę!
Po paru dniach adaptacji z miejsce, uzupełnienia braków w garderobie i posmakowaniu lokalnych trunków, bo wódę to ja w Polsce mam, wynajęliśmy samochód. Nie ma żadnej frajdy z siedzenia w jednym miejscu, zwłaszcza, że Kreta nie jest jakąś ogromną wyspą, warto więc ją zwiedzić skoro jest okazja.

Wynajęliśmy więc samochód, co okazało się strzałem w dziesiątkę, dzięki temu poznaliśmy prawdziwą Kretę, nie taką z katalogu, wymuskaną i wypieszczoną.

Kreta jest pięknym miejscem, skradła nam serce, ale nie zmienia to faktu, że miejscami potrafi być na prawdę brudna. Jest na przykład plaża, dosłownie lazurowe wybrzeże, a zaraz po lewej stronie dzikie wysypisko...kiepsko to wygląda. Ale rekompensują to widoki, kto był na Krecie wie o czym mowa :) 
Do tego wszystkiego Kreta pachnie, pachnie oliwkami, do teraz brakuje mi tego zapachu. 

Podczas jazdy po Krecie doświadczyliśmy także pojęcia siesty, która okazuje się być tam rzeczą świętą, oczywiście nie wszyscy ją praktykują, ale potrafiono mnie na przykład wyprosić ze sklepu, bo siesta xd nie ma, zapraszamy ponownie. Jedni robili to mniej lub bardziej subtelnie. 
Ale poza tym poznaliśmy grecką gościnność i serdeczność.











To jest tak, że warto podróżować, nawet pomimo covidu, bo wspomnień nam nikt nie zabierze. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

KSIĄŻKA | Różnia i inne opowieści ze wsi obok

CIEKAWE MIEJSCA | Grodzisko Żmijowiska

KSIĄŻKA | Lęk i odraza w Las Vegas